
Monika zadzwoniła do mnie późnym popołudniem. Głos miała zmęczony, jakby od tygodni nie spała porządnie. Powiedziała tylko, że to pilne. Że już nie może. Umówiłem ją na ten sam wieczór. Czasem czuję, kiedy ktoś naprawdę potrzebuje pomocy, a nie tylko rozrywki. To było właśnie takie wyczucie.
Przyszła punktualnie o siedemnastej. Jeszcze zanim otworzyłem drzwi, wyczułem jej obecność. Nie wiem, jak to wyjaśnić. Po prostu poczułem napięcie, jakby powietrze zgęstniało. Otworzyłem drzwi gabinetu i ujrzałem ją – szczupłą kobietę około trzydziestu lat, z ciemnymi kręgami pod oczami. Włosy miała związane w niedbały kok, a dłonie nerwowo zaciskała na pasku torebki.
– Dzień dobry – powiedziała cicho. – Jestem Monika.
– Proszę, wejdź – odezwałem się i odsunąłem się od drzwi.
Gabinet tonął w ciepłym, pomarańczowym świetle lamp solnych. Na stoliku paliły się świece o zapachu lawendy i szałwii. Monika rozejrzała się niepewnie, jakby szukała czegoś, za czym mogłaby się ukryć. Wskazałem jej krzesło naprzeciwko mojego miejsca przy okrągłym stole, na którym rozłożony był fioletowy aksamitny obrus.
– Usiądź, proszę. Herbata? – zapytałem.
– Nie, dziękuję – odpowiedziała i usiadła ciężko, jakby nogi nagle odmówiły jej posłuszeństwa.
Zapaliłem jeszcze jedną świecę – białą, grubą, która stała pośrodku stołu. Płomień zamigotał, rzucając ruchome cienie na ściany. Usiadłem naprzeciwko Moniki. Widziałem, że drżą jej ręce.
– Opowiedz mi, co cię dręczy – powiedziałem spokojnie.
Nabrała powietrza. Zamknęła oczy na moment.
– To się dzieje za każdym razem – zaczęła. – Za każdą Pełnią Księżyca. Budzę się zlana potem, krzycząc. Te koszmary… Boże, one są takie realne. Widzę coś… coś ciemnego. Jakby cień, który stoi nad moim łóżkiem. Czuję jego oddech. Zimny jak lód. A potem ten strach, ta panika… – urwała i otarła łzy, które same popłynęły jej po policzkach.
– Jak długo to trwa? – zapytałem, wyciągając z szuflady talię kart Tarota. Karty były stare, oprawa miękka od użytkowania. Znałem je jak własne dłonie.
– Od pół roku. Dokładnie od marca. Wtedy po raz pierwszy się obudziłam z tym… uczuciem. Jakby ktoś mnie obserwował. A teraz? Teraz za każdą Pełnię nie mogę spać. Boję się zasnąć – wyznała, a w jej głosie brzmiała desperacja.
Skinąłem głową. Położyłem karty Tarota na stole pomiędzy nami.
– Potasuję je – powiedziałem. – A ty pomyśl o swoim pytaniu. Skoncentruj się na tym, co chcesz wiedzieć.
Monika patrzyła na karty z mieszaniną nadziei i strachu. Tasowałem powoli, wyczuwając energię, która buzowała wokół tej kobiety. Było w niej coś niespokojnego, jakby księżycowe fale unosiły się tuż pod jej skórą.
– Teraz podziel talię na trzy części. Lewą ręką – poleciłem.
Zrobiła to niepewnie. Złączyłem karty z powrotem w odwrotnej kolejności i zacząłem rozkładać. Wybrałem układ krzyża celtyckiego – szczegółowy, pokazujący przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. To, co widziałem, kazało mi zamarzyć.
Pierwsza karta – Księżyc. Odwrócony.
– Księżyc w odwróceniu – szepnąłem. – Iluzje, lęki, podświadomość, która próbuje się do ciebie przebić. Ta karta mówi o ukrytych emocjach, o czymś, czego nie chcesz zobaczyć na jawie, więc przychodzi do ciebie w snach.
Monika pobladła jeszcze bardziej.
Druga karta – Dziewiątka Mieczy. Kobieta siedząca na łóżku, głowa w dłoniach, otoczona mieczami symbolizującymi lęki.
– Niepokój, bezsenność, koszmary – powiedziałem cicho. – Widzisz? To dokładnie to, przez co przechodzisz.
– Co to znaczy? – wyszeptała.
– Zaraz zobaczymy więcej – odparłem i odkryłem trzecią kartę.
Gwiazda. Prosta.
Nadzieja. Uzdrowienie. Duchowe przewodnictwo.
– Jest światło w tym wszystkim – zapewniłem ją. – Ale musimy zrozumieć, dlaczego to się dzieje. Dlaczego akurat podczas Pełni Księżyca.

Wstałem i podszedłem do regału, gdzie trzymałem swoje księgi efemerydy astrologiczne i notatki. Potrzebowałem daty urodzenia Moniki i dokładnej godziny, kiedy po raz pierwszy miała ten koszmar.
– Kiedy się urodziłaś? – zapytałem.
– Dwudziestego trzeciego czerwca, tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego. O północy, matka zawsze to podkreślała – odpowiedziała.
Rak. Znak Księżyca. Wszystko zaczęło do siebie pasować.
– A pierwszy koszmar? Data i godzina, jeśli pamiętasz.
– Dwudziestego piątego marca, około trzeciej nad ranem.
Usiadłem z powrotem i zacząłem szkicować horoskop horarny – mapę nieba na moment zadania pytania, na moment, gdy Monika przekroczyła próg mojego gabinetu. To była stara technika astrologiczna, pozwalająca odpowiedzieć na konkretne pytanie poprzez analizę położenia planet w momencie jego zadania.
Rysowałem domy astrologiczne, nanosi pozycje planet. Księżyc był w dwunastym domu – domu tajemnic, podświadomości, ukrytych lęków. W opozycji do Saturna.
– Zobacz – powiedziałem, obracając kartkę w jej stronę. – Twój Księżyc natalni znajduje się w Raku. Jesteś niezwykle wrażliwa na cykle księżycowe. A podczas Pełni Księżyca energia osiąga szczyt. Dla ciebie to jak… jak fala, która płynie szprost do twojej podświadomości. Otwiera ją na oścież.
– Ale dlaczego dopiero teraz? Dlaczego nie wcześniej? – zapytała drżącym głosem.
Spojrzałem na ephemer z marca.
– Dwudziestego piątego marca była Pełnia Księżyca w Wadze. Dotknęła twojego czwartego domu – domu rodziny, korzeni, tego, co ukryte. Co się wtedy stało w twoim życiu? Coś związanego z rodziną?
Monika zadrżała. Zamknęła oczy.
– Moja babcia… zmarła tydzień wcześniej. Byłyśmy bardzo blisko – wyszeptała.
Wszystko stało się jasne.
– Twoja podświadomość nie zdążyła przetworzyć straty – powiedziałem łagodnie. – A Pełnia Księżyca działa na ciebie jak wzmacniacz. Otwiera kanał do tego, czego nie chcesz lub nie potrafisz zaakceptować. Ten cień, którego się boisz… to nie jest coś złego. To twój żal. Twoja tęsknota. Ale ponieważ ją tłumisz, przybiera przerażającą formę.
Łzy spływały teraz swobodnie po jej twarzy.
– Co mam zrobić? – zapytała.
Wróciłem do kart. Odkryłem ostatnią – kartę rady. Umiarkowanie.
– Równowaga – odpowiedziałem. – Musisz pozwolić sobie na żałobę. Zaakceptować smutek. W następną Pełnię nie walcz z nim. Usiądź przy oknie, zapal świecę, porozmawiaj z babcią. Pozwól energii Księżyca przepłynąć przez ciebie, nie stawiaj oporu. Pisz. Płacz. Rób, co musisz. Ale nie zamykaj się.
Monika skinęła głową. W jej oczach dostrzegłem coś nowego – ulgę. Pierwsze promienie zrozumienia.
– To… to ma sens – przyznała. – Wszystko ma sens.
– Twoja wrażliwość na cykle księżycowe to dar – powiedziałem. – Ale musisz nauczyć się z nią żyć. Obserwuj, kiedy Pełnia nadchodzi. Przygotuj się. Stwórz rytuał, który pomoże ci przetworzyć emocje, zanim staną się koszmarami.
Wstała powoli. Wyglądała, jakby zdjęto z niej wielki ciężar.
– Dziękuję – wyszeptała. – Naprawdę. Nikt wcześniej… nikt nie potrafił mi tego wyjaśnić.
Odprowadziłem ją do drzwi. Księżyc, choć jeszcze niewidoczny, wisiał gdzieś nad horyzontem. Za kilka dni znów będzie pełny. Ale tym razem Monika będzie wiedziała, czego się spodziewać.
Zamknąłem drzwi i wróciłem do stołu. Karty Tarota leżały w układzie, który opowiedział całą historię. Księżyc, lęki, nadzieja i umiarkowanie. Zgasiłem świecę. Dym uniósł się spiralą ku sufitowi.
Czasem wróżba z kart Tarota i konsultacja astrologiczna potrafią zdziałać więcej niż lata terapii. Czasem wystarczy zrozumieć, że to, co nas przeraża, jest tylko echem naszego własnego, nieprzetworzonego bólu.
